No to jestem zakochana. Tak oficjalnie.
W kimś, w swoim rowerze, w ulubionym soku, w muzyce, o której mówiłam, że nigdy nie będę jej słuchać (widocznie kłamałam).
Zaczęło się od odkopania dwóch płyt z dawno-dawno-temowego pobytu w Szwajcarii. Dwa razy czternaście piosenek, które były po prostu fajne i dobre do nauki nagielskiego, a teraz większość kojarzy się tylko z jedną osobą.
To wzięłam i poszukałam, żeby zgrać. Po drodze znalazło się kilka innych...
I tak teraz siedzę, pre-wielkanocnie, na dupie zupie, z kartonem, muzyką, zakochana.
Już kwiecień.
Już można chodzić na krótkim rękawie - choć chodzę od czasu do czasu od połowy marca. Już można robić plany wakacyjne - głównie dodaję nowe, coraz bardziej ciekawe punkty, a w tych starych robię wariacje czasoprzestrzenne typu z kim, jak i dlaczego by nie?
Kwiecień i padał śnieg.
(To przez lata przestępne! Może naprawdę jest końcówka zimy? Post-apokaliptyczny świat...)
Otworzyć szafę. Odkręcić wodę pod prysznicem. Rozłożyć koc.
Dom należy do kota. Do kotów.
Friday i Koszula, no bo przecież nie mogłabym inaczej.