Dla ciebie zmieniłam fryzurę. Kupiłam nową bieliznę - chociaż akurat dzisiaj nie mam jej na sobie. Pomalowałam ścięłam paznokcie u nóg. Krążę wokół, bawię się w satelitę, słucham w kółko dwóch piosenek o tym tytule. Ale przecież się nie przyznam, że cię lubię. I że coś mnie do ciebie ciągnie.
Śni mi się, że przejmujesz władzę nad światem, a ja nie rozumiem dlaczego. Miotam się w kajdankach, przeklinam, bo nie rozumiem. Nie lubię cię nie rozumieć.
Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Bo to ja cię kurwa stworzyłam.
Choć co do tego też mam wątpliwości.
Z tegorocznych wydarzeń wartych odnotowania jest tylko kilka. Kolejność, jak zwykle, losowa.
1. Studia. A wcześniej i matura, i wszystkie "nie mogę" i "nie chcę". A jednak można.
2. Miłość. Totalny zawód, którego nie było, no i Pearl Jam. Zamiast Bukaresztu będzie Berlin 2012.
3. Odkrycia. Tu miała być nazwa jednej wakacyjnej muzycznej miłości (Heroes del Silencio), ale takich perełek było więcej w całym roku. Czasami po jednej, dwóch piosenkach, ale zawsze na zasadzie "nie mówię nie". To ważne.
4. Zmiany.
5. Wyjazd. Do powtórzenia - dwa tygodnie w Niemczech. Lista miast do odwiedzenia jest długa, ale możliwa do zrealizowania. A co do jednego "miejsca"... najodleglejsze z marzeń.
6. Ty. Tak, ty, który to czytasz. Albo któraś. Dobrze, że jesteś. Chociaż bywa różnie, to jednak dobrze być wśród ludzi.
Z postanowień: dożyć dwudziestych urodzin; schudnąć jeszcze dziesięć kilo (do czerwca, najpóźniej lipca); obejrzeć przynajmniej połowę filmów z listy na filmwebie (albo pięćdziesiąt innych wartych obejrzenia); przeczytać coś Kinga, Browna i/lub innego autora, którego nigdy nie ruszyłam; zwalczyć przynajmniej jeden z lęków; ułożyć pozostałe dwa kartony puzzli, po 1000 części każdy; zmienić szablon na blogu!; spędzać więcej czasu z tymi najważniejszymi - nawet jeśli nie wiedzą, że tacy są. Reszta jak co roku minus jeden punkt. I myślę, że tak właśnie miało być.
Do zobaczenia w przyszłym roku.